Jared.
Nie mogłem zasnąć. Było coś około piątej nad ranem, a ja nie spałem całą noc. Nie miałem pojęcia dlaczego. Po części pewnie dlatego, że wciąż myślałem co takiego mam zrobić, żeby godnie przeprosić Alyson i sprawić, żeby Shannon zaczął ze mną rozmawiać. I nic nie wymyśliłem. Po rozmowie z nim w windzie czułem się jeszcze bardziej winny niż przedtem.
Na dodatek oddałem wszystkie swoje używki, więc nawet nie mogłem sobie ulżyć. Aż dziwiłem się ze swojej głupoty. Kto normalny oddaje wszystko?
Leżałem na łóżku i tępo wpatrywałem się w sufit. Skrzyżowałem dłonie pod głową i spojrzałem w okno. Może słońca nie było, ale robiło się już jasno. Wstałem z łóżka i wyszedłem do salonu, taki bynajmniej miałem zamiar, ale zatrzymałem się przy drzwiach, gdy usłyszałem cichą rozmowę. To Shannon rozmawiał przez telefon z prawdopodobnie Alyson. Nie trzeba być geniuszem, żeby się tego domyślić. Często cicho się śmiał i zwracał się do niej "Lyss".
Usiadłem na brzegu łóżka i patrząc w nicość wsłuchiwałem się w rozmowę. Nie ładnie tak podsłuchiwać. Może rozmawiają o osobistych sprawach. Ja nie podsłuchuje, po prostu on głośno mówi. Człowieku, on prawie szepcze.
Pokręciłem głową odganiając myśli i starałem się wyłapać jakieś słowa. Dlaczego on nie siedzi w swojej sypialni? Zupełnie jakby mnie prowokował. Jednak słychać było tylko ciche pomrukiwanie. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, więc ponownie podszedłem do drzwi. Nieśmiało nacisnąłem na klamkę i ignorując Shannona poszedłem do kuchni. Właściwie był to tylko niewielki pokój przy wejściu, gdzie był stół i kilka blatów, a między nimi mała lodówka. Na blacie po lewej stronie od lodówki stała apteczka Tomo. Ten zawsze ją ze sobą miał. Otworzyłem ją i zacząłem szukać czegoś na głowę, która sprawiała wrażenie jakby miała wybuchnąć. Znalazłem tylko jakiś Ibuprom, ale zawsze lepsze niż nic. Kiedy otworzyłem pudełko z tabletkami usłyszałem chrząknięcie za swoimi plecami. Odwróciłem się i spojrzałem na Shannona, który miał skrzyżowane ręce na piersi.
- Co to jest? - uniósł brwi. O, troskliwy braciszek się znalazł.
Wywróciłem oczami i pokazałem mu opakowanie.
- Na ból głowy. Mogę?
Przełknął ślinę jakby zastanawiał się nad odpowiedzią, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć uniosłem dłoń z tabletką do ust i połknąłem ją. Usiadłem przy stole, ułożyłem łokcie na nim i podparłem dłońmi głowę. Wpatrywałem się w okno, które dawało mi widok na jakiś park. Żaden z nas nie mówił nic, chociaż każdy chciał.
- Dlaczego? - Shannon wreszcie się odezwał. - Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego ona? - usiadł naprzeciw mnie i patrzył na mnie z wyrzutem. Ja nie mogłem mu spojrzeć w oczy.
- Chciałbym wiedzieć. Nie mam pojęcia. Bo byłem naćpany i zazdrosny? I ją lubię? Nie wiem, naprawdę. - Schowałem twarz w dłoniach.
- Agnes też lubiłeś. Też byłem z nią w związku. - Argumentował.
- Ale... Alyson jest atrakcyjna na swój sposób. Ma coś poza wyglądem i nawet nie było mi dane tego poznać. Więc tak cholernie ci zazdroszczę, że masz taką szansę. - Wreszcie na niego spojrzałem, ale na krótko. - Jak ona się trzyma?
- Dobrze. - Odparł szybko i powędrował do swojego pokoju.
Alyson.
- Ty i Shannon jesteście taką fajną parą. - Zaczął Harry. Leżał bez koszulki na podłodze w salonie, a ja leżałam na prawym boku na kanapie. - Nie przeszkadza wam nawet różnica wieku. Mimo że on jest gdzieś we Francji, a ty w Los Angeles, wciąż jesteście razem i nie zdradzacie się. A ja dalej jestem sam. Działam na dziewczyny jak magnes, ale taki inny... Wiesz, taki co odpycha. - Spojrzał na mnie.
- Tak, rozumiem, Harry.
- Nie jestem atrakcyjny. - Zaczął się nad sobą użalać. Wywróciłam zirytowana oczami.
- Jesteś. Jak masz taki lekki zarost i włosy w nieładzie. I niewiele ci brakuje do klaty. - Pocieszyłam go, ale ten popatrzył na mnie jak na idiotkę. - Wstawaj, ubieraj się. - Poprawiłam się do pozycji siedzącej, a Harry uniósł się na łokciach.
- Po co?
- Zabieram cię gdzieś. Dalej, wstawaj.
***
- Tada! - krzyknęłam, a Harry stanął jak wyryty.
- Serio? Żartujesz sobie? Ja tam nie wejdę! - oburzył się.
- Wejdziesz. - Machnęłam mu ręką przed twarzą niczym Jedi, ale nie zadziałało. - Słuchaj, wiele facetów to robi, żeby się dowartościować. Jeśli jacyś kolesie będą cię podrywać od razu zrobi ci się lepiej. Chodź. - Uśmiechnęłam się i pociągnęłam go za rękę.
- Nie! - zaprotestował, ale mimo tego szedł opornie dalej. - Przyznaj się, że chcesz tylko popatrzeć na półnagich facetów w klatkach.
- A ty nie chcesz? - wybuchnęłam śmiechem.
- Ale to jest gejowski klub! Nie możesz mnie zabrać do klubu ze striptizem? - zapytał.
- Nie, bo tam każda podrywa każdego i jeszcze trzeba im za to płacić. - Weszliśmy do środka.
- Nie chcę tu być. - Harry przełknął ślinę. Rozejrzał się po lokalu.
Ściany były fioletowe, ale w tym klubowym świetle wyglądały na czarne. Naprzeciw drzwi, którymi weszliśmy był barek z alkoholem, napojami i jedzeniem. Nad naszymi głowami, po prawej i po lewej stronie, były - jak się spodziewaliśmy - klatki, a w nich tańczący pijani kolesie w kapeluszach kowbojskich. Gdzieś przy ścianach i w kątach, gdzie było nieco ciszej, stały stoliki i czerwone kanapy. Resztę przestrzeni wypełniali ludzie.
Obok nas przeszedł mężczyzna o ciemnej karnacji w brązowych włosach. Miał goły, spocony tors. Spojrzał zalotnie na Harrego i poklepał go po ramieniu.
- Nienawidzę cię, Aly. - Stwierdził szorstko, a ja się złośliwie uśmiechnęłam.
- Dobra, ja pójdę gdzieś usiąść, a ty się baw. Wypij coś, nie wiem. Rób cokolwiek, ale nie uciekaj. - Odeszłam od niego i zaczęłam wzrokiem szukać wolnego siedzenia. Usiadłam przy jedynym wolnym stoliku w rogu z dala od woni tytoniu i reszty smrodu. Na parkiecie zauważyłam też kobiety, co mnie w zasadzie nie zdziwiło. Śledziłam wzrokiem Harrego, który wydawał się skrępowany. Stał brzy barku i zamówił sobie piwo. Podeszła do niego jakaś grupka...
- Witam. Mogę się przysiąść? - moją uwagę odwrócił muskularny mężczyzna. Był przystojny, nie miał więcej niż trzydzieści lat i ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Rysy twarzy były delikatne, szczęka nie była szeroka, a kości policzkowe nie wystawały bardzo. Wargi wyginały się w szeroki uśmiech ujawniający równe, białe zęby. Przeczesał palcami brązowe włosy czekając na moją odpowiedź. Wpatrywałam się w niego lustrując każdy szczegół jego twarzy. Wydawało mi się, że skądś go znałam. Pokręciłam głową wyrywając się z zamyślenia.
- Tak, jasne. - Uśmiechnęłam się.
- Jake - przedstawił się i wyciągnął w moją stronę rękę. Usiadł na siedzeniu po mojej prawej.
- Alyson. Uprzedzam, że nie jestem jedną z tych dziewczyn, co przychodzą tutaj, bo desperacko chcą kogoś zaliczyć. Nie jestem też lesbijką, która chce się spiknąć z gejem. - Wypaliłam. A co, niech się wycofa póki może.
- To dobrze, bo nie jestem gejem. - Zaśmiał się i oblizał wargi. - Wspieram przyjaciela. Dopiero nam wyznał, że ma inną orientację i nie chcę żeby pomyślał, że się od niego odwracam plecami.
- Nie musisz się tłumaczyć. Ja zaciągnęłam tutaj przyjaciela, żeby się dowartościował. - Wyznałam ze śmiechem.
- Który to? - zapytał.
- Ten w białej koszulce przy barze. - Wskazałam go skinięciem głowy.
- Uu, kleją się do niego. Nie jest homo?
- Prawdopodobnie nie.
- Więc cię znienawidzi. - Stwierdził. - Chcesz coś do picia? - zapytał. - Ja stawiam - dodał szybko.
- Nie piję alkoholu, więc może być Cola.
Skinął głową i odszedł na chwilę. Poczułam wibracje telefonu. Wyjęłam go z kieszeni i otworzyłam nowego smsa od Harrego.
"Przypominam ci, że masz chłopaka" - tak brzmiała treść.
Spojrzałam na niego z lekko otworzoną buzią.
Jak mogłabym zapomnieć o Shannonie? Przecież cały czas o nim pamiętam. A Jake nawet ze mną nie flirtował.
"Jak możesz? To tylko nowo poznany kolega i jest bardzo miły" - odpisałam.
W tym samym momencie wrócił Jake. Nie mogłam się pozbyć wrażenia, że już go kiedyś widziałam. Postawił przede mną szklaną butelkę Coli, a dla siebie miał Fantę. Zdziwiłam się, że nie wziął jakiegoś alkoholu, ale nie miałam zamiaru niego o to pytać. A niech sobie pije co chce.
Siedzieliśmy tak jeszcze co najmniej godzinę, aż zadzwonił jego telefon i oznajmił że musi iść.
- Um... Miło było cię poznać, Alyson. Może nie najlepsze warunki, ale zawsze coś. - Uśmiechnął się. Spojrzał na stolik gdzie leżała moja komórka. Zawahał się, ale zaraz potem chwycił ją w dłoń i wybił na klawiaturze jedenaście cyfr. Zrobił sobie tak zwaną "samojebkę" i oddał mi telefon. - Zadzwoń kiedyś.
- Taa, mam chłopaka. - Przyznałam, na co żartobliwie się skrzywił.
- Nie przeszkadza mi to. - Zaśmiał się. - Może zadzwoń jak będziesz sama. Pocieszę cię po zerwaniu. Znaczy nie życzę ci tego tylko ofiaruję swoją pomoc. - Wyjaśnił, a ja powstrzymywałam śmiech.
- Jasne. - Zacisnęłam wargi.
- To... do zobaczenia. - Pożegnał się. Machnęłam w odpowiedzi ręką i delikatnie się uśmiechnęłam.
***
Niebo było już ciemne kiedy wychodziliśmy z klubu. Asfalt oświetlały latarnie rozstawione co jakieś trzy lub cztery metry.
- Nienawidzę cię za to. - Odezwał się Harry po chwili ciszy. - Już nigdy nie zwątpię w swoją orientację.
- Ale to nie miało na celu rozwianie twoich wątpliwości. To miało... - przerwałam. - W zasadzie to nie wiem. Miało sprawić, abyś poczuł się atrakcyjny. - Wyjaśniłam po chwili zastanowienia.
- Taa, przez te komplementy od gejów popadnę w samozachwyt. - Uśmiechnął się niemrawo.
Przeszliśmy przez pasy na drugą stronę ulicy.
- Co to w ogóle był za koleś? - zapytał i spojrzał na mnie.
- Jake. Mam wrażenie, że skądś go znam. Tak czy inaczej był tylko miły i prawdopodobnie już się nigdy nie spotkamy.
- Szok. - Udawał zdziwionego. - Nie dał ci swojego numeru?
- Dał, ale mam chłopaka i on o tym wie. - Wystawiłam mu język.
- Szkoda. Byłaby sensacja gdybyś nie zdobyła jego numeru.
- Co? - zaśmiałam się. - Niby dlaczego?
- Po prostu... Każdy facet, którego spotykasz, po kilku minutach rozmowy jest tobą zauroczony. - Ze zdziwienia otworzyłam usta.
- Nie prawda! - zaprotestowałam, ale przez chwilę się nad tym zastanowiłam. - Ty też jesteś? - odezwałam się po chwili ciszy.
- Niee. Przeszło mi kilka lat temu. - Wyznał i się uśmiechnął. - Kocham cię, ale bardziej jak siostrzyczkę. - Objął mnie ramieniem. Chwilę później spoważniał, a uśmiech zniknął z jego twarzy. Zapytałam co się stało, ale bez odpowiedzi. Wpatrywał się w drobną blondynkę przed nami, a ona kiedy go zobaczyła parsknęła ironicznym śmiechem. Przestał mnie obejmować i podbiegł do niej.
- Bruno! - zawołał ją, kiedy się odwróciła i przyspieszyła tempa. Koleżanki z którymi była dziwnie się na nią popatrzyły.
- Czego chcesz? - zapytała ostro.
- Przeprosić, to po pierwsze. - Blondynka oparła dłonie o biodra i patrzyła na niego z wyrzutem.
- Skoro masz dziewczynę, to po co się ze mną umawiałeś? - wskazała na mnie. Obserwowałam sytuację w odległości... jednego metra, może trochę dalej. Uniosłam ręce do góry w geście obronnym.
- Alyson? Ona nie jest moja dziewczyną. Nie mam dziewczyny, Bruno. Przepraszam, wiem. Upokorzyłem cię, ale nie masz pojęcia jak ja się teraz czuję. - Dziewczyna nie zmieniała wyrazy twarzy. Musiałam przyznać, że nawet zła była ładna. Miała granatowe oczy, blond włosy sięgały nieco poza ramiona. Na szczupłej i niskiej sylwetce była czarna sukienka do połowy ud, a wzrostu dodawały jej tego samego koloru szpilki. Jej koleżanki zajęły się własną rozmową, a ja na chwilę się wyłączyłam. Zauważyłam, że jej złość nieco opadła
Poczułam wibracje telefonu w kieszeni spodni. Wyjęłam komórkę i przeczytałam wiadomość od Shannona.
"Możesz wejść na Skype'a? ;)" - odczytałam.
Odpisałam, że będę za dziesięć minut.
Harry stał tak z Bruno, a ich rozmowa nieco się uspokoiła.
- Ja idę. - Poklepałam go po ramieniu, a ten skinął głową.
Szybkim krokiem szłam przez ulicę, aż doszłam do domu. Wyjęłam klucze z kieszeni i otworzyłam drzwi.
Shannon.
Przez kilkanaście minut próbowałem pozbyć się matki z pokoju. Dowiedziała się, że jedziemy na kilka dni do Francji, a ona stwierdziła, że miło spędzi sobie z nami czas. Miała tutaj - w Paryżu - sklep z odzieżą. Nie chodzi o to, że nie lubię spędzać czasu z mamą. Lubię ale teraz chciałem porozmawiać z Lyss, a ona się upierała, że chce zostać i ją poznać.
- No dobra. - Westchnąłem zrezygnowany. Z Constance nie wygrasz. Uśmiechnęła się triumfalnie i usiadła na oparciu fotela obok. Kilka sekund później Alyson się zalogowała. Spojrzałem jeszcze raz błagalnie na matkę.
- Okej! Okej. Już wychodzę. - Uległa i wyszła. Czułem, że wróci. Znałem ją, w końcu to moja mama. Odetchnąłem z ulgą i zadzwoniłem do Kelleher. Odebrała po dwóch sygnałach i włączyła kamerkę.
- Hej Shanny. - Przeczesała palcami czerwone włosy i pomachała mi z uśmiechem.
- Nie obudziłem cię, prawda? - zapytałem z nadzieją.
- Nie, byłam... W gejowskim klubie. - Wybuchła śmiechem, a ja razem z nią. - Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, jak to głupio brzmi.
- Po co tam byłaś? - zmarszczyłem brwi.
- Chciałam podbudować Harremu samopoczucie. I wiesz że podziałało?
- Shannon! Przyniosłam ci coś do picia... - Do pokoju weszła Constance, a ja miałem ochotę uderzyć głową o biurko. Tak też zrobiłem. - Och, nie wiedziałam, że z kimś rozmawiasz. - Udawała zaskoczoną i położyła szklankę z sokiem na biurko.
- Owszem, wiedziałaś. - Spojrzałem na nią z wyrzutem.
- Dzień dobry. - Przywitała się Alyson. Mama uśmiechnęła się szeroko i też się przywitała.
- Lyss, to moja mama, która nie rozumie wyrażenia "nie przeszkadzaj".
Ruda roześmiała się. Uwielbiałem słuchać jej śmiechu.
- Już idę. Nie gorączkuj się tak. Ale mam nadzieję, że kiedyś poznamy się oficjalnie. - Zwróciła się do Alyson.
- Też mam taką nadzieję. - Powiedziała Aly, a Constance zaraz po tym wyszła.
- Tak na serio chcesz poznać moją mamę? - uniosłem zdziwiony brwi.
- Jasne, czemu nie? - wzruszyła ramionami.
- Ona jest... - zamyśliłem się na chwilę szukając odpowiedniego słowa. - Dociekliwą osobą. Bardzo dociekliwą. Ale skoro tak bardzo was ku siebie ciągnie i tak spotkacie się na ślubie Tomo i Vicki. - Uśmiechnąłem się. Jeszcze jej nie powiedziałem tej najważniejszej części... Ale czy to rzeczywiście takie ważne? Jeśli jej o tym powiem teraz będzie mogła się wycofać. Jeśli jej powiem później, wszystko będzie już przygotowane i nie będzie odwrotu. Powinienem być dobrym chłopakiem i jej powiedzieć. Ale zależy mi na jej obecności na ślubie.
Ślub jest w Grecji - pomyślałem, ale nie wypowiedziałem tego na głos. Cóż, przynajmniej próbowałem. Alyson będzie musiała jakoś przełamać strach przed samolotami.
Nie mogłem zasnąć. Było coś około piątej nad ranem, a ja nie spałem całą noc. Nie miałem pojęcia dlaczego. Po części pewnie dlatego, że wciąż myślałem co takiego mam zrobić, żeby godnie przeprosić Alyson i sprawić, żeby Shannon zaczął ze mną rozmawiać. I nic nie wymyśliłem. Po rozmowie z nim w windzie czułem się jeszcze bardziej winny niż przedtem.
Na dodatek oddałem wszystkie swoje używki, więc nawet nie mogłem sobie ulżyć. Aż dziwiłem się ze swojej głupoty. Kto normalny oddaje wszystko?
Leżałem na łóżku i tępo wpatrywałem się w sufit. Skrzyżowałem dłonie pod głową i spojrzałem w okno. Może słońca nie było, ale robiło się już jasno. Wstałem z łóżka i wyszedłem do salonu, taki bynajmniej miałem zamiar, ale zatrzymałem się przy drzwiach, gdy usłyszałem cichą rozmowę. To Shannon rozmawiał przez telefon z prawdopodobnie Alyson. Nie trzeba być geniuszem, żeby się tego domyślić. Często cicho się śmiał i zwracał się do niej "Lyss".
Usiadłem na brzegu łóżka i patrząc w nicość wsłuchiwałem się w rozmowę. Nie ładnie tak podsłuchiwać. Może rozmawiają o osobistych sprawach. Ja nie podsłuchuje, po prostu on głośno mówi. Człowieku, on prawie szepcze.
Pokręciłem głową odganiając myśli i starałem się wyłapać jakieś słowa. Dlaczego on nie siedzi w swojej sypialni? Zupełnie jakby mnie prowokował. Jednak słychać było tylko ciche pomrukiwanie. Nie wiedziałem co ze sobą zrobić, więc ponownie podszedłem do drzwi. Nieśmiało nacisnąłem na klamkę i ignorując Shannona poszedłem do kuchni. Właściwie był to tylko niewielki pokój przy wejściu, gdzie był stół i kilka blatów, a między nimi mała lodówka. Na blacie po lewej stronie od lodówki stała apteczka Tomo. Ten zawsze ją ze sobą miał. Otworzyłem ją i zacząłem szukać czegoś na głowę, która sprawiała wrażenie jakby miała wybuchnąć. Znalazłem tylko jakiś Ibuprom, ale zawsze lepsze niż nic. Kiedy otworzyłem pudełko z tabletkami usłyszałem chrząknięcie za swoimi plecami. Odwróciłem się i spojrzałem na Shannona, który miał skrzyżowane ręce na piersi.
- Co to jest? - uniósł brwi. O, troskliwy braciszek się znalazł.
Wywróciłem oczami i pokazałem mu opakowanie.
- Na ból głowy. Mogę?
Przełknął ślinę jakby zastanawiał się nad odpowiedzią, ale zanim zdążył cokolwiek powiedzieć uniosłem dłoń z tabletką do ust i połknąłem ją. Usiadłem przy stole, ułożyłem łokcie na nim i podparłem dłońmi głowę. Wpatrywałem się w okno, które dawało mi widok na jakiś park. Żaden z nas nie mówił nic, chociaż każdy chciał.
- Dlaczego? - Shannon wreszcie się odezwał. - Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego ona? - usiadł naprzeciw mnie i patrzył na mnie z wyrzutem. Ja nie mogłem mu spojrzeć w oczy.
- Chciałbym wiedzieć. Nie mam pojęcia. Bo byłem naćpany i zazdrosny? I ją lubię? Nie wiem, naprawdę. - Schowałem twarz w dłoniach.
- Agnes też lubiłeś. Też byłem z nią w związku. - Argumentował.
- Ale... Alyson jest atrakcyjna na swój sposób. Ma coś poza wyglądem i nawet nie było mi dane tego poznać. Więc tak cholernie ci zazdroszczę, że masz taką szansę. - Wreszcie na niego spojrzałem, ale na krótko. - Jak ona się trzyma?
- Dobrze. - Odparł szybko i powędrował do swojego pokoju.
Alyson.
- Ty i Shannon jesteście taką fajną parą. - Zaczął Harry. Leżał bez koszulki na podłodze w salonie, a ja leżałam na prawym boku na kanapie. - Nie przeszkadza wam nawet różnica wieku. Mimo że on jest gdzieś we Francji, a ty w Los Angeles, wciąż jesteście razem i nie zdradzacie się. A ja dalej jestem sam. Działam na dziewczyny jak magnes, ale taki inny... Wiesz, taki co odpycha. - Spojrzał na mnie.
- Tak, rozumiem, Harry.
- Nie jestem atrakcyjny. - Zaczął się nad sobą użalać. Wywróciłam zirytowana oczami.
- Jesteś. Jak masz taki lekki zarost i włosy w nieładzie. I niewiele ci brakuje do klaty. - Pocieszyłam go, ale ten popatrzył na mnie jak na idiotkę. - Wstawaj, ubieraj się. - Poprawiłam się do pozycji siedzącej, a Harry uniósł się na łokciach.
- Po co?
- Zabieram cię gdzieś. Dalej, wstawaj.
***
- Tada! - krzyknęłam, a Harry stanął jak wyryty.
- Serio? Żartujesz sobie? Ja tam nie wejdę! - oburzył się.
- Wejdziesz. - Machnęłam mu ręką przed twarzą niczym Jedi, ale nie zadziałało. - Słuchaj, wiele facetów to robi, żeby się dowartościować. Jeśli jacyś kolesie będą cię podrywać od razu zrobi ci się lepiej. Chodź. - Uśmiechnęłam się i pociągnęłam go za rękę.
- Nie! - zaprotestował, ale mimo tego szedł opornie dalej. - Przyznaj się, że chcesz tylko popatrzeć na półnagich facetów w klatkach.
- A ty nie chcesz? - wybuchnęłam śmiechem.
- Ale to jest gejowski klub! Nie możesz mnie zabrać do klubu ze striptizem? - zapytał.
- Nie, bo tam każda podrywa każdego i jeszcze trzeba im za to płacić. - Weszliśmy do środka.
- Nie chcę tu być. - Harry przełknął ślinę. Rozejrzał się po lokalu.
Ściany były fioletowe, ale w tym klubowym świetle wyglądały na czarne. Naprzeciw drzwi, którymi weszliśmy był barek z alkoholem, napojami i jedzeniem. Nad naszymi głowami, po prawej i po lewej stronie, były - jak się spodziewaliśmy - klatki, a w nich tańczący pijani kolesie w kapeluszach kowbojskich. Gdzieś przy ścianach i w kątach, gdzie było nieco ciszej, stały stoliki i czerwone kanapy. Resztę przestrzeni wypełniali ludzie.
Obok nas przeszedł mężczyzna o ciemnej karnacji w brązowych włosach. Miał goły, spocony tors. Spojrzał zalotnie na Harrego i poklepał go po ramieniu.
- Nienawidzę cię, Aly. - Stwierdził szorstko, a ja się złośliwie uśmiechnęłam.
- Dobra, ja pójdę gdzieś usiąść, a ty się baw. Wypij coś, nie wiem. Rób cokolwiek, ale nie uciekaj. - Odeszłam od niego i zaczęłam wzrokiem szukać wolnego siedzenia. Usiadłam przy jedynym wolnym stoliku w rogu z dala od woni tytoniu i reszty smrodu. Na parkiecie zauważyłam też kobiety, co mnie w zasadzie nie zdziwiło. Śledziłam wzrokiem Harrego, który wydawał się skrępowany. Stał brzy barku i zamówił sobie piwo. Podeszła do niego jakaś grupka...
- Witam. Mogę się przysiąść? - moją uwagę odwrócił muskularny mężczyzna. Był przystojny, nie miał więcej niż trzydzieści lat i ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Rysy twarzy były delikatne, szczęka nie była szeroka, a kości policzkowe nie wystawały bardzo. Wargi wyginały się w szeroki uśmiech ujawniający równe, białe zęby. Przeczesał palcami brązowe włosy czekając na moją odpowiedź. Wpatrywałam się w niego lustrując każdy szczegół jego twarzy. Wydawało mi się, że skądś go znałam. Pokręciłam głową wyrywając się z zamyślenia.
- Tak, jasne. - Uśmiechnęłam się.
- Jake - przedstawił się i wyciągnął w moją stronę rękę. Usiadł na siedzeniu po mojej prawej.
- Alyson. Uprzedzam, że nie jestem jedną z tych dziewczyn, co przychodzą tutaj, bo desperacko chcą kogoś zaliczyć. Nie jestem też lesbijką, która chce się spiknąć z gejem. - Wypaliłam. A co, niech się wycofa póki może.
- To dobrze, bo nie jestem gejem. - Zaśmiał się i oblizał wargi. - Wspieram przyjaciela. Dopiero nam wyznał, że ma inną orientację i nie chcę żeby pomyślał, że się od niego odwracam plecami.
- Nie musisz się tłumaczyć. Ja zaciągnęłam tutaj przyjaciela, żeby się dowartościował. - Wyznałam ze śmiechem.
- Który to? - zapytał.
- Ten w białej koszulce przy barze. - Wskazałam go skinięciem głowy.
- Uu, kleją się do niego. Nie jest homo?
- Prawdopodobnie nie.
- Więc cię znienawidzi. - Stwierdził. - Chcesz coś do picia? - zapytał. - Ja stawiam - dodał szybko.
- Nie piję alkoholu, więc może być Cola.
Skinął głową i odszedł na chwilę. Poczułam wibracje telefonu. Wyjęłam go z kieszeni i otworzyłam nowego smsa od Harrego.
"Przypominam ci, że masz chłopaka" - tak brzmiała treść.
Spojrzałam na niego z lekko otworzoną buzią.
Jak mogłabym zapomnieć o Shannonie? Przecież cały czas o nim pamiętam. A Jake nawet ze mną nie flirtował.
"Jak możesz? To tylko nowo poznany kolega i jest bardzo miły" - odpisałam.
W tym samym momencie wrócił Jake. Nie mogłam się pozbyć wrażenia, że już go kiedyś widziałam. Postawił przede mną szklaną butelkę Coli, a dla siebie miał Fantę. Zdziwiłam się, że nie wziął jakiegoś alkoholu, ale nie miałam zamiaru niego o to pytać. A niech sobie pije co chce.
Siedzieliśmy tak jeszcze co najmniej godzinę, aż zadzwonił jego telefon i oznajmił że musi iść.
- Um... Miło było cię poznać, Alyson. Może nie najlepsze warunki, ale zawsze coś. - Uśmiechnął się. Spojrzał na stolik gdzie leżała moja komórka. Zawahał się, ale zaraz potem chwycił ją w dłoń i wybił na klawiaturze jedenaście cyfr. Zrobił sobie tak zwaną "samojebkę" i oddał mi telefon. - Zadzwoń kiedyś.
- Taa, mam chłopaka. - Przyznałam, na co żartobliwie się skrzywił.
- Nie przeszkadza mi to. - Zaśmiał się. - Może zadzwoń jak będziesz sama. Pocieszę cię po zerwaniu. Znaczy nie życzę ci tego tylko ofiaruję swoją pomoc. - Wyjaśnił, a ja powstrzymywałam śmiech.
- Jasne. - Zacisnęłam wargi.
- To... do zobaczenia. - Pożegnał się. Machnęłam w odpowiedzi ręką i delikatnie się uśmiechnęłam.
***
Niebo było już ciemne kiedy wychodziliśmy z klubu. Asfalt oświetlały latarnie rozstawione co jakieś trzy lub cztery metry.
- Nienawidzę cię za to. - Odezwał się Harry po chwili ciszy. - Już nigdy nie zwątpię w swoją orientację.
- Ale to nie miało na celu rozwianie twoich wątpliwości. To miało... - przerwałam. - W zasadzie to nie wiem. Miało sprawić, abyś poczuł się atrakcyjny. - Wyjaśniłam po chwili zastanowienia.
- Taa, przez te komplementy od gejów popadnę w samozachwyt. - Uśmiechnął się niemrawo.
Przeszliśmy przez pasy na drugą stronę ulicy.
- Co to w ogóle był za koleś? - zapytał i spojrzał na mnie.
- Jake. Mam wrażenie, że skądś go znam. Tak czy inaczej był tylko miły i prawdopodobnie już się nigdy nie spotkamy.
- Szok. - Udawał zdziwionego. - Nie dał ci swojego numeru?
- Dał, ale mam chłopaka i on o tym wie. - Wystawiłam mu język.
- Szkoda. Byłaby sensacja gdybyś nie zdobyła jego numeru.
- Co? - zaśmiałam się. - Niby dlaczego?
- Po prostu... Każdy facet, którego spotykasz, po kilku minutach rozmowy jest tobą zauroczony. - Ze zdziwienia otworzyłam usta.
- Nie prawda! - zaprotestowałam, ale przez chwilę się nad tym zastanowiłam. - Ty też jesteś? - odezwałam się po chwili ciszy.
- Niee. Przeszło mi kilka lat temu. - Wyznał i się uśmiechnął. - Kocham cię, ale bardziej jak siostrzyczkę. - Objął mnie ramieniem. Chwilę później spoważniał, a uśmiech zniknął z jego twarzy. Zapytałam co się stało, ale bez odpowiedzi. Wpatrywał się w drobną blondynkę przed nami, a ona kiedy go zobaczyła parsknęła ironicznym śmiechem. Przestał mnie obejmować i podbiegł do niej.
- Bruno! - zawołał ją, kiedy się odwróciła i przyspieszyła tempa. Koleżanki z którymi była dziwnie się na nią popatrzyły.
- Czego chcesz? - zapytała ostro.
- Przeprosić, to po pierwsze. - Blondynka oparła dłonie o biodra i patrzyła na niego z wyrzutem.
- Skoro masz dziewczynę, to po co się ze mną umawiałeś? - wskazała na mnie. Obserwowałam sytuację w odległości... jednego metra, może trochę dalej. Uniosłam ręce do góry w geście obronnym.
- Alyson? Ona nie jest moja dziewczyną. Nie mam dziewczyny, Bruno. Przepraszam, wiem. Upokorzyłem cię, ale nie masz pojęcia jak ja się teraz czuję. - Dziewczyna nie zmieniała wyrazy twarzy. Musiałam przyznać, że nawet zła była ładna. Miała granatowe oczy, blond włosy sięgały nieco poza ramiona. Na szczupłej i niskiej sylwetce była czarna sukienka do połowy ud, a wzrostu dodawały jej tego samego koloru szpilki. Jej koleżanki zajęły się własną rozmową, a ja na chwilę się wyłączyłam. Zauważyłam, że jej złość nieco opadła
Poczułam wibracje telefonu w kieszeni spodni. Wyjęłam komórkę i przeczytałam wiadomość od Shannona.
"Możesz wejść na Skype'a? ;)" - odczytałam.
Odpisałam, że będę za dziesięć minut.
Harry stał tak z Bruno, a ich rozmowa nieco się uspokoiła.
- Ja idę. - Poklepałam go po ramieniu, a ten skinął głową.
Szybkim krokiem szłam przez ulicę, aż doszłam do domu. Wyjęłam klucze z kieszeni i otworzyłam drzwi.
Shannon.
Przez kilkanaście minut próbowałem pozbyć się matki z pokoju. Dowiedziała się, że jedziemy na kilka dni do Francji, a ona stwierdziła, że miło spędzi sobie z nami czas. Miała tutaj - w Paryżu - sklep z odzieżą. Nie chodzi o to, że nie lubię spędzać czasu z mamą. Lubię ale teraz chciałem porozmawiać z Lyss, a ona się upierała, że chce zostać i ją poznać.
- No dobra. - Westchnąłem zrezygnowany. Z Constance nie wygrasz. Uśmiechnęła się triumfalnie i usiadła na oparciu fotela obok. Kilka sekund później Alyson się zalogowała. Spojrzałem jeszcze raz błagalnie na matkę.
- Okej! Okej. Już wychodzę. - Uległa i wyszła. Czułem, że wróci. Znałem ją, w końcu to moja mama. Odetchnąłem z ulgą i zadzwoniłem do Kelleher. Odebrała po dwóch sygnałach i włączyła kamerkę.
- Hej Shanny. - Przeczesała palcami czerwone włosy i pomachała mi z uśmiechem.
- Nie obudziłem cię, prawda? - zapytałem z nadzieją.
- Nie, byłam... W gejowskim klubie. - Wybuchła śmiechem, a ja razem z nią. - Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, jak to głupio brzmi.
- Po co tam byłaś? - zmarszczyłem brwi.
- Chciałam podbudować Harremu samopoczucie. I wiesz że podziałało?
- Shannon! Przyniosłam ci coś do picia... - Do pokoju weszła Constance, a ja miałem ochotę uderzyć głową o biurko. Tak też zrobiłem. - Och, nie wiedziałam, że z kimś rozmawiasz. - Udawała zaskoczoną i położyła szklankę z sokiem na biurko.
- Owszem, wiedziałaś. - Spojrzałem na nią z wyrzutem.
- Dzień dobry. - Przywitała się Alyson. Mama uśmiechnęła się szeroko i też się przywitała.
- Lyss, to moja mama, która nie rozumie wyrażenia "nie przeszkadzaj".
Ruda roześmiała się. Uwielbiałem słuchać jej śmiechu.
- Już idę. Nie gorączkuj się tak. Ale mam nadzieję, że kiedyś poznamy się oficjalnie. - Zwróciła się do Alyson.
- Też mam taką nadzieję. - Powiedziała Aly, a Constance zaraz po tym wyszła.
- Tak na serio chcesz poznać moją mamę? - uniosłem zdziwiony brwi.
- Jasne, czemu nie? - wzruszyła ramionami.
- Ona jest... - zamyśliłem się na chwilę szukając odpowiedniego słowa. - Dociekliwą osobą. Bardzo dociekliwą. Ale skoro tak bardzo was ku siebie ciągnie i tak spotkacie się na ślubie Tomo i Vicki. - Uśmiechnąłem się. Jeszcze jej nie powiedziałem tej najważniejszej części... Ale czy to rzeczywiście takie ważne? Jeśli jej o tym powiem teraz będzie mogła się wycofać. Jeśli jej powiem później, wszystko będzie już przygotowane i nie będzie odwrotu. Powinienem być dobrym chłopakiem i jej powiedzieć. Ale zależy mi na jej obecności na ślubie.
Ślub jest w Grecji - pomyślałem, ale nie wypowiedziałem tego na głos. Cóż, przynajmniej próbowałem. Alyson będzie musiała jakoś przełamać strach przed samolotami.
uff, dobrze, że przeniosłaś, w końcu skomentować tego bloga bo onet nie pozwalał mi na to. Czytam twoje opowiadanie od niedawna i jest po prostu zaje*iste, wciągnęło mnie. Pierwszy raz spotkałam się z opowiadaniem, w którym Jared nie jest aż tak ważny, w sensie nie zdobył tego, kogo chciał tylko udało się to Shannon'owi. Napisałabym coś do innych rozdziałów, ale nie mam coś pomysłu na komentarze, więc życzę ci weny i czekam na 40 ;*
OdpowiedzUsuńDobrze że przeniosłaś no i CZEKAM NA NOWY <3
OdpowiedzUsuń