Obudził mnie nasilający się ból głowy. Nie pamiętałam
kompletnie niczego, ze wczorajszego dnia. Poprawiłam się do pozycji
siedzącej, próbując sobie przypomnieć choć odrobinę dlaczego leżę w
pokoju Davida... Teraz już Harrego. Ostrożnie wstałam, chcąc nie obudzić chłopaka.
Zachwiałam się i musiałam podeprzeć się o ścianę, aby nie wylądować na
ziemi. Cicho jęknęłam z bólu i zbliżając się ku drzwi masowałam skronie.
Delikatnie zamknęłam je za sobą i powędrowałam do kuchni w poszukiwaniu
jakiś tabletek. Otworzyłam górną szafkę, w której zwykle się znajdywały
leki. Wzięłam do ręki pożądaną rzecz i połknęłam jedną pastylkę. W
oczekiwaniu na złagodnienie bólu, rozejrzałam się po salonie chcąc
znaleźć telefon. Gdy już to zrobiłam zerknęłam na godzinę. Na ekranie
pojawił się napis:
"1 nowa wiadomość od Shannon".
Otworzyłam ją i przeczytałam krótką zawartość po czym odpisałam - "Nie, Shann. Nie śpię (; - A."
Uśmiechnęłam się, gdy ten po co najmniej minucie do mnie zadzwonił.
- No hej - przywitał się radośnie.
- Cześć, coś się stało, że taki szczęśliwy? - zmarszczyłam brwi i usiadłam na kanapie.
- Nie, w zasadzie to nie. Po prostu cieszę się, że cię słyszę.
Shannon.
Uśmiechnąłem się, choć tego nie mogła zobaczyć.
Właściwie to był powód, ale nie mogła się o nim dowiedzieć. Nie w tym momencie.
- Przepraszam, że wczoraj tak uciekłem, ale Tomo... jest wyjątkowo głupszy niż wygląda i sprawił mi niechcianego gościa. - Wytłumaczyłem się.
- Jasne, nie ma sprawy. A co robisz? - zmieniła temat.
Kurwa, myśl człowieku.
- Ee, jem śniadanie. - Wymyśliłem na poczekaniu. Spojrzałem na brata obok, który uderzył się otwartą dłonią w czoło. - A ty?
- Aktualnie siedzę na kanapie i czekam aż Harry się obudzi, bo muszę z nim porozmawiać...
Jared szturchnął mnie łokciem i szepnął żebym kończył.
- Wiesz, muszę kończyć. Zadzwonię jeszcze. Pa. - Rozłączyłem się i spojrzałem pytająco na Jareda.
- Zaraz lądujemy, jeśli usłyszy komunikat to pewnie się domyśli, geniuszu. - Wywrócił teatralnie oczami. - No i błagam. Jesz śniadanie? Nie mogłeś czegoś innego wymyślić? - parsknął śmiechem.
- Tak, mogłem powiedzieć, że właśnie lecę do Malibu, Kalifornii, Las Vegas i przybędę na twoje urodziny. Nie potrafię jej okłamać, po prostu. - Wzruszyłem ramionami.
- Czasami mam wątpliwości co do tego, czy jesteś moim bratem. - Pokręcił głową z dezaprobatą i odwrócił się do okna.
Ja się akurat cieszyłem, że nie potrafię tak perfekcyjnie kłamać jak on.
I również cholernie się cieszyłem, że za dokładnie niecałe cztery dni zobaczę się z Alyson. Cztery dni...
Alyson.
Poszłam pod prysznic i ubrałam świeże ubrania. Do tej pory miałam na sobie wczorajszą sukienkę. Dobrze było wreszcie się odprężyć pod strumieniem zimnej wody.
Założyłam moją ulubioną czarną koszulkę z logiem Misfits i z białą nazwą zespołu na plecach. Dobrałam do tego granatowe rurki i wyprostowałam włosy. Przypomniałam sobie, jak jeszcze całkiem niedawno były dwa razy dłuższe i blond. Uśmiechnęłam się do siebie i po wykonaniu codziennych porannych czynności wyszłam z łazienki. Usiadłam na kanapie w salonie i sięgnęłam po książkę. Otworzyłam na zaznaczonej stronie i zaczęłam wzrokiem śledzić tekst.
- Witaj - do pokoju wszedł Harry. Przeciągnął się i ziewnął.
- Mhm. - Od razu odłożyłam przedmiot i spojrzałam na niego. Podeszłam nieco bliżej, a on spojrzał na mnie pytająco. - Słuchaj. Muszę zapytać... Co się zdarzyło ostatniej nocy? - spytałam nieśmiało.
- O Boże... - zaśmiał się krótko. - No jasne, że nic nie pamiętasz... Ty i Sophie byłyście w knajpie, pokłóciłyście się chyba. Miałaś wyjść, ale...
- Tyle pamiętam. - Przerwałam mu. - Do momentu, w którym przy barze podszedł do mnie ten koleś... Taylor, chyba...
- No więc, on prawdopodobnie wsypał ci coś do wody. Po jakimś czasie zaczął się do ciebie dobierać, na co Sophie w ogóle nie zareagowała, co w zasadzie nie jest aż takim zaskoczeniem. No i musiałem jakoś zareagować, zabrałem cię do domu. - Uniósł oczy ku górze, chcąc przypomnieć sobie resztę. - Powiedziałaś, że możesz iść, bo do tamtej pory niosłem cię na rękach... - zająknął się. - Chciałem cię zaprowadzić do twojego pokoju, ale byłaś tak naćpana, że nie mogłaś wejść po schodach, więc spałaś u mnie. Prosiłaś, żebym został i zostałem.
Harry.
- I to jest cała historia. - Celowo ominąłem część z tekstem "kocham cię jak brata" i akcję z pocałunkiem. Skoro nie pamiętała, to po co przypominać? Mogłem też ominąć to, jak Sophie zajmowała się swoją osobą, ale niech sama się tłumaczy. Nie lubiłem tej panny, więc i jej nie kryłem. A to co zdarzyło się między mną a Alyson - choć nie wydarzyło się prawie nic - zostanie między nami. A właściwie u mnie...
- No cóż, dziękuję - uśmiechnęła się.
- Nie ma sprawy. - Odwzajemniłem gest. - Idę coś zjeść, chcesz coś? - zapytałem, na co pokręciła głową. - Wiesz co... Ładnie dziś wyglądasz. - Stwierdziłem, choć sam nie wiem dlaczego powiedziałem to na głos. Ruda zrobiła zdziwioną minę, a ja żeby się ratować dodałem z cwanym uśmieszkiem:
- Myłaś się?
- Ej! To nie było miłe! - krzyknęła za mną. A już myślała, że mówię poważnie.
Cztery dni później...
Alyson.
Wyprostowałam szybko czerwone włosy, poprawiłam i przejechałam po ustach ciemnoróżową, prawie fioletową szminką. Rzęsy pokryłam czarnym tuszem. Na sobie miałam czarną bokserkę z postacią zombie i krótkie, jeansowe spodenki.
W pośpiechu wybiegłam z domu, zatrzaskując za sobą drzwi. Upewniłam się jeszcze, że mam przy sobie pendrive i pobiegłam na uczelnię; po drodze wstąpiłam na chwilę do Starbucksa.
Zerknęłam na zegarek i wprowadziłam w jeszcze większy ruch moje nogi, na których znajdowały się, odpowiadające kolorem do koszulki, trampki.
Już się szykowałam na przepraszanie za spóźnienie, lecz kiedy weszłam na salę, profesora jeszcze nie było. Odetchnęłam z ulgą i usiadłam na moje stałe miejsce. Tym razem bez pana Leto.
- Wszystkiego najlepszego! - podeszła do mnie Sophie.
Po długiej, szczerej rozmowie na temat TAMTEGO wieczoru, obie do niego nie wracamy. Z racji iż nic nie pamiętam, również jej przebaczyłam.
Przytuliła mnie i cmoknęła w policzek.
- Dzięki...
- Jakieś plany na dzisiaj? - otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć, ale nie dała mi dojść do słowa. - Nie? To super! Mam dla ciebie niespodziankę i nie jest to żadna impreza. - Uprzedziła. - Po prostu posiedzimy sobie na ławce w parku i poczekamy. Więcej ci nie powiem - tajemniczo się uśmiechnęła.
- Okej... - powiedziałam niepewnie.
Usiadłam bokiem na krześle i wyjęłam telefon, z którego dochodził odgłos esemesa.
"Dziś zajęcia? - S."
"Tak, ostatnie już chyba. Dzisiaj muszę oddać "film", który montowałam całą noc. Okropność. - A."
"Powodzenia (; - S."
"Dziękuję, przyda się. - A."
Schowałam komórkę do kieszeni spodenek, gdy profesor wszedł na salę. Upiłam z papierowego kubka łyk kawy i oparłam się łokciami o ławkę.
- Prosiłbym abyś nie piła podczas mojego wykładu, dziękuję. - Zwrócił się do mnie Miller.
- Niestety, mój organizm ode mnie tego wymaga. - Uśmiechnęłam się sztucznie.
Shannon.
Czuwałem przy telefonie, oczekując na esemesa od Sophie. Zniecierpliwiony stukałem palcami w oparcie kanapy.
- Czekasz na znak? - zaśmiał się Jay na co ja tylko zmierzyłem go wzrokiem. - Dzieci. Kiedy wy wreszcie dorośniecie? Bawicie się w chowanego, zamiast od razu polecieć w ramiona ukochanej osoby - dodał teatralnym tonem.
Zerwałem się na równe nogi, gdy przeczytałem krótką treść esemesa.
- Cześć, Młody - z szerokim uśmiechem pożegnałem się z bratem i zamknąłem za sobą drzwi, nie czekając na jego reakcję. Zawsze była taka sama.
Minąłem kilka ulic, dążąc do umówionego miejsca. Nasz pamiętny central park... Uśmiechnąłem się na to wspomnienie i rozejrzałem.
Ruda stała tam, tyłem do mnie, twarzą do siedzącej na ławce dwójki przyjaciół. Super, idealna okazja. Trzeba mieć jakieś wejście, nie?
- Hej, wszystkiego najlepszego, Lyss. - Mruknąłem przeciągając samogłoskę w pierwszym słowie. Przytuliłem ją od tyłu i pocałowałem w policzek. Kiedy się odwróciła rzuciła się na moją szyję. Delikatnie ją uniosłem i wciągnąłem słodki zapach jej skóry.
- Shanny! - prawie pisnęła i szeroko się uśmiechnęła. Postawiłem ją na ziemi i przyjrzałem jej się. Była piękna jak zawsze. - Co ty tu robisz? - patrzyła na mnie utęsknionym wzrokiem.
- Przyjechałem na twoje urodziny, a jak myślisz? Dobrze wiesz, że każdą wolną minutę spędziłbym z tobą, jeśli bym mógł. No i jestem. A te cztery wolne dni mam zamiar przeznaczyć tylko dla ciebie. - Przegryzła wargę, a jej policzki przybrały takiego samego odcieniu jak włosy.
- Ale ty miałeś być w trasie... Jak ty...
- No i jestem. To nie znaczy, że nie mogę mieć wolnego. Jestem tutaj i to się liczy, tak?
- Tak się cieszę, że cię widzę, Shanny. - Wtuliła się we mnie ponownie.
- Ja też. - Odwzajemniłem uścisk. - Nie będziecie mieli za złe, jeśli ją wam zabiorę? - zwróciłem się do Harrego i Sophie. Brunetka otworzyła usta, aby coś powiedzieć, ale chłopak uciszył ją ruchem ręki.
- Jasne. Miłej zabawy - uśmiechnął się.
"1 nowa wiadomość od Shannon".
Otworzyłam ją i przeczytałam krótką zawartość po czym odpisałam - "Nie, Shann. Nie śpię (; - A."
Uśmiechnęłam się, gdy ten po co najmniej minucie do mnie zadzwonił.
- No hej - przywitał się radośnie.
- Cześć, coś się stało, że taki szczęśliwy? - zmarszczyłam brwi i usiadłam na kanapie.
- Nie, w zasadzie to nie. Po prostu cieszę się, że cię słyszę.
Shannon.
Uśmiechnąłem się, choć tego nie mogła zobaczyć.
Właściwie to był powód, ale nie mogła się o nim dowiedzieć. Nie w tym momencie.
- Przepraszam, że wczoraj tak uciekłem, ale Tomo... jest wyjątkowo głupszy niż wygląda i sprawił mi niechcianego gościa. - Wytłumaczyłem się.
- Jasne, nie ma sprawy. A co robisz? - zmieniła temat.
Kurwa, myśl człowieku.
- Ee, jem śniadanie. - Wymyśliłem na poczekaniu. Spojrzałem na brata obok, który uderzył się otwartą dłonią w czoło. - A ty?
- Aktualnie siedzę na kanapie i czekam aż Harry się obudzi, bo muszę z nim porozmawiać...
Jared szturchnął mnie łokciem i szepnął żebym kończył.
- Wiesz, muszę kończyć. Zadzwonię jeszcze. Pa. - Rozłączyłem się i spojrzałem pytająco na Jareda.
- Zaraz lądujemy, jeśli usłyszy komunikat to pewnie się domyśli, geniuszu. - Wywrócił teatralnie oczami. - No i błagam. Jesz śniadanie? Nie mogłeś czegoś innego wymyślić? - parsknął śmiechem.
- Tak, mogłem powiedzieć, że właśnie lecę do Malibu, Kalifornii, Las Vegas i przybędę na twoje urodziny. Nie potrafię jej okłamać, po prostu. - Wzruszyłem ramionami.
- Czasami mam wątpliwości co do tego, czy jesteś moim bratem. - Pokręcił głową z dezaprobatą i odwrócił się do okna.
Ja się akurat cieszyłem, że nie potrafię tak perfekcyjnie kłamać jak on.
I również cholernie się cieszyłem, że za dokładnie niecałe cztery dni zobaczę się z Alyson. Cztery dni...
Alyson.
Poszłam pod prysznic i ubrałam świeże ubrania. Do tej pory miałam na sobie wczorajszą sukienkę. Dobrze było wreszcie się odprężyć pod strumieniem zimnej wody.
Założyłam moją ulubioną czarną koszulkę z logiem Misfits i z białą nazwą zespołu na plecach. Dobrałam do tego granatowe rurki i wyprostowałam włosy. Przypomniałam sobie, jak jeszcze całkiem niedawno były dwa razy dłuższe i blond. Uśmiechnęłam się do siebie i po wykonaniu codziennych porannych czynności wyszłam z łazienki. Usiadłam na kanapie w salonie i sięgnęłam po książkę. Otworzyłam na zaznaczonej stronie i zaczęłam wzrokiem śledzić tekst.
- Witaj - do pokoju wszedł Harry. Przeciągnął się i ziewnął.
- Mhm. - Od razu odłożyłam przedmiot i spojrzałam na niego. Podeszłam nieco bliżej, a on spojrzał na mnie pytająco. - Słuchaj. Muszę zapytać... Co się zdarzyło ostatniej nocy? - spytałam nieśmiało.
- O Boże... - zaśmiał się krótko. - No jasne, że nic nie pamiętasz... Ty i Sophie byłyście w knajpie, pokłóciłyście się chyba. Miałaś wyjść, ale...
- Tyle pamiętam. - Przerwałam mu. - Do momentu, w którym przy barze podszedł do mnie ten koleś... Taylor, chyba...
- No więc, on prawdopodobnie wsypał ci coś do wody. Po jakimś czasie zaczął się do ciebie dobierać, na co Sophie w ogóle nie zareagowała, co w zasadzie nie jest aż takim zaskoczeniem. No i musiałem jakoś zareagować, zabrałem cię do domu. - Uniósł oczy ku górze, chcąc przypomnieć sobie resztę. - Powiedziałaś, że możesz iść, bo do tamtej pory niosłem cię na rękach... - zająknął się. - Chciałem cię zaprowadzić do twojego pokoju, ale byłaś tak naćpana, że nie mogłaś wejść po schodach, więc spałaś u mnie. Prosiłaś, żebym został i zostałem.
Harry.
- I to jest cała historia. - Celowo ominąłem część z tekstem "kocham cię jak brata" i akcję z pocałunkiem. Skoro nie pamiętała, to po co przypominać? Mogłem też ominąć to, jak Sophie zajmowała się swoją osobą, ale niech sama się tłumaczy. Nie lubiłem tej panny, więc i jej nie kryłem. A to co zdarzyło się między mną a Alyson - choć nie wydarzyło się prawie nic - zostanie między nami. A właściwie u mnie...
- No cóż, dziękuję - uśmiechnęła się.
- Nie ma sprawy. - Odwzajemniłem gest. - Idę coś zjeść, chcesz coś? - zapytałem, na co pokręciła głową. - Wiesz co... Ładnie dziś wyglądasz. - Stwierdziłem, choć sam nie wiem dlaczego powiedziałem to na głos. Ruda zrobiła zdziwioną minę, a ja żeby się ratować dodałem z cwanym uśmieszkiem:
- Myłaś się?
- Ej! To nie było miłe! - krzyknęła za mną. A już myślała, że mówię poważnie.
Cztery dni później...
Alyson.
Wyprostowałam szybko czerwone włosy, poprawiłam i przejechałam po ustach ciemnoróżową, prawie fioletową szminką. Rzęsy pokryłam czarnym tuszem. Na sobie miałam czarną bokserkę z postacią zombie i krótkie, jeansowe spodenki.
W pośpiechu wybiegłam z domu, zatrzaskując za sobą drzwi. Upewniłam się jeszcze, że mam przy sobie pendrive i pobiegłam na uczelnię; po drodze wstąpiłam na chwilę do Starbucksa.
Zerknęłam na zegarek i wprowadziłam w jeszcze większy ruch moje nogi, na których znajdowały się, odpowiadające kolorem do koszulki, trampki.
Już się szykowałam na przepraszanie za spóźnienie, lecz kiedy weszłam na salę, profesora jeszcze nie było. Odetchnęłam z ulgą i usiadłam na moje stałe miejsce. Tym razem bez pana Leto.
- Wszystkiego najlepszego! - podeszła do mnie Sophie.
Po długiej, szczerej rozmowie na temat TAMTEGO wieczoru, obie do niego nie wracamy. Z racji iż nic nie pamiętam, również jej przebaczyłam.
Przytuliła mnie i cmoknęła w policzek.
- Dzięki...
- Jakieś plany na dzisiaj? - otworzyłam usta, żeby odpowiedzieć, ale nie dała mi dojść do słowa. - Nie? To super! Mam dla ciebie niespodziankę i nie jest to żadna impreza. - Uprzedziła. - Po prostu posiedzimy sobie na ławce w parku i poczekamy. Więcej ci nie powiem - tajemniczo się uśmiechnęła.
- Okej... - powiedziałam niepewnie.
Usiadłam bokiem na krześle i wyjęłam telefon, z którego dochodził odgłos esemesa.
"Dziś zajęcia? - S."
"Tak, ostatnie już chyba. Dzisiaj muszę oddać "film", który montowałam całą noc. Okropność. - A."
"Powodzenia (; - S."
"Dziękuję, przyda się. - A."
Schowałam komórkę do kieszeni spodenek, gdy profesor wszedł na salę. Upiłam z papierowego kubka łyk kawy i oparłam się łokciami o ławkę.
- Prosiłbym abyś nie piła podczas mojego wykładu, dziękuję. - Zwrócił się do mnie Miller.
- Niestety, mój organizm ode mnie tego wymaga. - Uśmiechnęłam się sztucznie.
Shannon.
Czuwałem przy telefonie, oczekując na esemesa od Sophie. Zniecierpliwiony stukałem palcami w oparcie kanapy.
- Czekasz na znak? - zaśmiał się Jay na co ja tylko zmierzyłem go wzrokiem. - Dzieci. Kiedy wy wreszcie dorośniecie? Bawicie się w chowanego, zamiast od razu polecieć w ramiona ukochanej osoby - dodał teatralnym tonem.
Zerwałem się na równe nogi, gdy przeczytałem krótką treść esemesa.
- Cześć, Młody - z szerokim uśmiechem pożegnałem się z bratem i zamknąłem za sobą drzwi, nie czekając na jego reakcję. Zawsze była taka sama.
Minąłem kilka ulic, dążąc do umówionego miejsca. Nasz pamiętny central park... Uśmiechnąłem się na to wspomnienie i rozejrzałem.
Ruda stała tam, tyłem do mnie, twarzą do siedzącej na ławce dwójki przyjaciół. Super, idealna okazja. Trzeba mieć jakieś wejście, nie?
- Hej, wszystkiego najlepszego, Lyss. - Mruknąłem przeciągając samogłoskę w pierwszym słowie. Przytuliłem ją od tyłu i pocałowałem w policzek. Kiedy się odwróciła rzuciła się na moją szyję. Delikatnie ją uniosłem i wciągnąłem słodki zapach jej skóry.
- Shanny! - prawie pisnęła i szeroko się uśmiechnęła. Postawiłem ją na ziemi i przyjrzałem jej się. Była piękna jak zawsze. - Co ty tu robisz? - patrzyła na mnie utęsknionym wzrokiem.
- Przyjechałem na twoje urodziny, a jak myślisz? Dobrze wiesz, że każdą wolną minutę spędziłbym z tobą, jeśli bym mógł. No i jestem. A te cztery wolne dni mam zamiar przeznaczyć tylko dla ciebie. - Przegryzła wargę, a jej policzki przybrały takiego samego odcieniu jak włosy.
- Ale ty miałeś być w trasie... Jak ty...
- No i jestem. To nie znaczy, że nie mogę mieć wolnego. Jestem tutaj i to się liczy, tak?
- Tak się cieszę, że cię widzę, Shanny. - Wtuliła się we mnie ponownie.
- Ja też. - Odwzajemniłem uścisk. - Nie będziecie mieli za złe, jeśli ją wam zabiorę? - zwróciłem się do Harrego i Sophie. Brunetka otworzyła usta, aby coś powiedzieć, ale chłopak uciszył ją ruchem ręki.
- Jasne. Miłej zabawy - uśmiechnął się.
***
- Wciąż nie wierzę, że tutaj jesteś... - pokręciła z niedowierzaniem głową.
- Ja też. Więc co robimy? Możemy tradycyjnie obejrzeć filmy, w domu lub iść do kina. Swoją drogą znalazłem kilka filmów z Bradleyem Cooperem - uśmiechnąłem się do niej. - Możemy pochodzić po mieście i zaszaleć trochę... Wiesz, poirytować ludzi i tak dalej...
- Myślę, że filmy będą najrozsądniejszym wyjściem. - Przerwała mi i odwzajemniła gest.
- No nie przerywaj, Młoda. - Za zwrot zmierzyła mnie chłodnym wzrokiem, choć powstrzymywała uśmiech. - To nie wszystko... - sięgnąłem do kieszeni szarej bluzy. - Możemy też iść na koncert Iron Maiden, ale to tylko tak opcjonalnie. - Powiedziałem z lekkim sarkazmem w głosie i pomachałem jej przed oczami dwoma biletami.
- O mój Boże. Mówisz serio? - zrobiła wielkie oczy i odebrała ode mnie cenne papierki.
- Jakbym mógł żartować? - uroczo się uśmiechnąłem, za co dostałem buziaka w policzek. - Wpuszczają od siódmej, więc mamy jeszcze czas i zdążymy obejrzeć jakiś film. Pytanie tylko, u mnie czy u ciebie? - zagadnąłem, gdy wyszliśmy z parku i nie wiedzieliśmy gdzie iść.
- U mnie, dla odmiany - puściła mi "perskie oko" i ruszyliśmy w stronę jej domu.
Alyson.
Nie spodziewałam się go tutaj, a tym bardziej tego, że zaproponuje mi koncert Iron Maiden. To już całkowicie przerosło moje oczekiwania.
- Ale najpierw... Chciałbym porozmawiać. - Zaczął nieśmiało, gdy otworzyłam drzwi mojego mieszkania. Cholera. Tego się obawiałam, ale równocześnie oczekiwałam.
- O czym? - przegryzłam dolną wargę i unikałam jego spojrzenia. Po krótkiej chwili stwierdziłam, że to niedorzeczne i siedząc na oparciu kanapy rzuciłam na niego okiem. Prawie widziałam, jak przez jego myśli przelatuje milion słów, ale nie wie, które jest odpowiednie.
- O nas... Znaczy nie mam pojęcia czy jest jakieś "my" i bardzo chciałbym się dowiedzieć. - Powoli do mnie podszedł.
Nie jesteś sam, Shann. Również chciałabym wiedzieć co do mnie czujesz, ale to nie takie proste. Pomyślałam, lecz nie powiedziałam tego na głos.
- Umm... Ja nie mam z tym problemu. W sensie... żeby było coś więcej niż... no wiesz. - Gestykulowałam rękoma. Nie lubiłam tego robić, ale w tym momencie tego nie kontrolowałam. - Ale jeśli ty nie chcesz to, to przeżyję... - Nie, nie przeżyję. Będę płakać w nocy, a moje serce połamie się na kilka kawałków. - I wszystko może być jak "dawniej"... - Zrobiłam przy tym gest cudzysłowu. No bo przecież nie znaliśmy się aż tak długo. Czy ja wiem... Niecały miesiąc.
Obserwowałam jego reakcję, na moją niesprecyzowaną przemowę. Nie byłam pewna czy coś z tego zrozumiał. Uniósł prawy kącik ust, dokładnie w taki sam sposób jak widziałam go za pierwszym razem. Zdecydowanie lubiłam ten uśmiech. Podszedł jeszcze bliżej, tak, że dzieliło nas tylko pięć centymetrów.
- Nie chcę żeby było jak dawnej. - Odparł cicho. Przełknęłam ślinę, próbując przypomnieć sobie co właśnie powiedziałam. Zrobiło mi się gorąco. Szlag! Czy on musiał być aż tak seksowny? Moje ręce opierały się na jego ramionach, podczas gdy usta bruneta przysuwały się coraz bliżej moich. Po chwili nasze wargi złączyły się w pocałunku. Prawą dłoń przesunęłam na jego kark, za to opuszki palców lewej, delikatnie przejeżdżały po jego kości policzkowej.
- Wow. Um... Sorry, nic nie widziałem...
Oderwaliśmy się od siebie, gdy usłyszeliśmy głos Harrego. Ręce Shannona leżały na mojej talii, ja siedziałam na oparciu kanapy, a perkusista stał między moim nogami. Tak, to mogło dziwnie wyglądać.
- O Boże. - Zaśmiałam się i oparłam czołem o ramię Shanna. Spojrzałam w stronę drzwi. Chłopak wszedł i wyszedł.
- Tęskniłem za tym. Znaczy, nie za Harrym, ale zawsze coś. - Uśmiechnął się. - To oglądamy ten film? - uniósł brwi.
- Jasne - przegryzłam wargę i zeskoczyłam z oparcia. - Ale ty wybierasz. - Wystawiłam mu język. Wywrócił oczami i dobrał się do płyt.
- Czekaj. - Zerknął na zegarek. - Ile potrzebujesz czasu na przygotowanie się do koncertu?
- Nie wiem... Godzinę może półtorej. A co? - zmarszczyłam brwi.
- Trzecia, plus tyle... wpół do piątej. Siedem odjąć pięć, dwa. Dwa odjąć jakieś... dziesięć minut drogi to będzie za dziesięć... - zaciął się w swoich obliczeniach. - Za dwadzieścia piąta. To zostaną nam jakieś dwie godziny plus ok. dwudziestu minut.
- I po co ci to? - dopytywałam.
- Muszę dobrać film, tak abyśmy zdążyli na Iron Maiden. - Wyjaśnił. - Dobra, ten może być dobry. Ma niecałe dwie godziny. - Podał mi pudełko z napisem "Kocha, lubi, szanuje".
- Komedia romantyczna? - zdziwiłam się. - Nie wiedziałam, że faceci lubią je oglądać z własnej woli. Ale swoją drogą, dobry wybór - włożyłam płytę do odtwarzacza DVD.
- Uhh! Nie mam żadnych ciuchów! - krzyknęłam, gdy przeglądałam zawartość swojej szafy.
- Po prostu ubierz jakąś koszulkę z zespołem, spodnie, trampki czy tam glany i ruszajmy. To takie proste... - mruknął. Siedział na moim łóżku i dokładnie oglądał spis piosenek na płytach CD.
- Nie. To wcale nie jest proste... - wpatrywałam się jeszcze chwilę w ubrania, po czym wzięłam zestaw, jaki poradził mi Shannon. Męska koszulka Iron Maiden, czarne, krótkie spodenki i glany.
Schowałam się w łazience i nałożyłam na siebie odzież. Do moich uszu doszły pierwsze melodie piosenki The Consequence zespołu You Me At Six. Widać że już się zdążył oswoić z moim sprzętem. Uśmiechnęłam się do siebie i pokręciłam głową.
Boże, jestem z Shannonem Leto. Szaleństwo.Sięgnęłam po kosmetyczkę i wyjęłam z niej potrzebne rzeczy. Rzęsy przejechałam czarnym tuszem, a oczy kredką tego samego koloru. Chwyciłam eyeliner i zrobiłam wręcz idealną "kocią kreskę". Po kilkunastu minutach mogłam wyjść z łazienki.
- I jak? - obróciłam się wokół własnej osi.
- Wspaniale, Lyss. Jak zawsze - uśmiechnął się i przyciszył nieco muzykę. - I wyrobiłaś się w godzinę.
- Też się sobie dziwię. - Przyznałam się. Usłyszałam trzaśnięcie drzwi i poleciłam Shannonowi, aby poczekał.
Weszłam do salonu i zerknęłam na skradającego się Harrego, który najwyraźniej mnie nie zauważył. Założyłam ręce na piersi i wpatrywałam się w przyjaciela, tak długo, aż zwrócił na mnie uwagę.
- Och, myślałem, że wy... - wyglądał na zagubionego. - No wiesz. Wcześniej się całowaliście, teraz muzyka i w ogóle...
Uderzyłam się otwartą dłonią w czoło.
- Nie! Jezus, Harry. - Spojrzałam na niego z politowaniem.
Ale z drugiej strony, mogło to tak wyglądać.
- No dobra. - Uniósł ręce w geście obronnym. - Przepraszam. Chciałem tylko powiedzieć, że wyjeżdżam na trzy dni. Ojciec do mnie dzwonił i prosił żebym przyjechał, więc... - Uśmiechnął się. - Idziecie gdzieś? - zapytał.
- Na koncert. - Odpowiedziałam i wzięłam telefon ze stołu. Schowałam go w kieszeni spodni, bo znając życie zapomniałabym o nim.
- Iron Maiden? - wyszczerzył oczy wskazując palcem na moją koszulkę.
- Mhm. - Mruknęłam radośnie, gdy z mojej sypialni wyszedł Shann. Kiwnięciem głowy przywitali się ze sobą. - Mój prezent urodzinowy.
- Cholera. Chciałbym być dziewczyną któregoś z Leto. - Przyznał na głos, na co my wybuchliśmy śmiechem.
- Jared jest wolny, ale on gustuje w blondynkach więc... - dodał Shann.
- Taa. Szkoda. Dobra. Spadam, jakby coś to jestem pod telefonem. Cieszcie się sobą. - Powiedział na odchodne i wyszedł.
Shannon.
Ironi zaczęli od legendarnego Man on the Edge, kończąc na piosence o dokładnie takiej samej nazwie jak zespół. Bawiliśmy się wspaniale.
Zmęczeni koncertem, wieczornym spacerem, ze złączonymi dłońmi szliśmy do mnie. Dlaczego? Sam nie wiem. Po prostu tam było bliżej. A miałem zamiar każdą wolną sekundę spędzać z Rudą. Póki co, szło mi to całkiem nieźle.
Opadłem na łóżko, a Lyss tuż obok mnie. Objąłem ją ramieniem, gdy ta jeździła opuszkami palców po tatuażu na prawej ręce.
- Bolało? - spytała po chwili ciszy.
- Tatuaż? Pierwsze kilka sekund tak, ale później już nie. A ty, masz jakiś?
- Nie... Myślałam kiedyś o tym, ale na dzisiejszą chwilę nie mam pomysłu... - Szepnęła. Jej cichy głos brzmiał cholernie seksownie.
Rozmawialiśmy na przeróżne tematy, co chwilę śmiejąc się wniebogłosy.
Po kilku minutach, lub nawet godzinach, zasnąłem, patrząc jak Kelleher już odeszła w objęcia Morfeusza. Była piękna, doprawdy. Szczególnie w za dużej koszulce mojego ulubionego zespołu.
Jared.
Chodziłem po całym mieszkaniu w poszukiwaniu swojej Blackberry. Szukałem nawet pod poduszkami na kanapie i nic.
- Shannon, wiesz może... - wszedłem do jego pokoju i przerwałem w połowie zdania.
Skarciłem się w myślach za to, jak głośno wypowiedziałem owe słowa. Mój brat to mógłby się obudzić, ale gdy zobaczyłem śpiącą Alyson... U boku Shannona.
Oblizałem suche wargi.
Tak, to ten wyjątkowy moment, w którym chciałbym być moim bratem. Nawet nie miał pojęcia jak bardzo mu zazdrościłem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz